Posty otagowane 'noise'

Odmóżdżarka 3000

Miałeś zły dzień w pracy? Szef na ciebie nakrzyczał, a ty mogłeś tylko słuchac i potakiwać? Współpracownicy cię denerwują. Klienci jeszcze bardziej? Może dodatkowo musiałeś stać w trzugodzinnym korku? Mam coś dla ciebie…

Totalna odmożdżarka Armenia, model Permament psychosis prosto z Ekwadoru oczyści ci umysł ze wszystkich złych myśli i frustracji. Całkowicie oczyści ci mózg ze wszystkich myśli! Tylko teraz, tylko tutaj, ściągnij w ciągu pieciu minut, a dostaniesz zestaw pampersów dla dorosłych, w razie gdyby przy słuchaniu puściły ci zwieracze!

Armenia to dobry ekwadorski noise. Z ciekawą dramaturgią, odpowiednio jazgotliwymi przesterami i szumami. miejscami pozwala nawet odetchnąć zanim znowu uderzy ścianą dźwięków.

Warto.

Hermetycznie, ekscentrycznie

Elektroakustyczne, noisowe, psychoaktywne brzmienia. Tak właśnie grają kolibry nekrofile. Dla fanów Obuha kojarzyć się mogą z Noise Maker’s Fifes. Surrealistyczna wyobraźnia, trochę zgrzytliwa i bardzo żywotna. Ścieżka dźwiękowa dla obrazów Maxa Ernsta.

Jeśli ktoś nie zrozumiał powyższego akapitu, tłumaczę – zespół bardzo mi się podoba.

Warto.

Przegapiłem taki koncert

Nie mogę sobie darować. Naśladowcy Boredoms/Johna Zorna/japońskiej free noise awangardy podkładają ścieżkę dźwiękową pod operę mydlaną o policjantach. Już sam utwór jest świetny, nie mówiąc o kompletnym zestawie z równolegle nadawanym serialem.

Album nie brzmi, co prawda, jak policyjna opera mydlana, a raczej jak soundtrack z filmu Takashi Miike. Pewnie dlatego mi się podoba.

Dobry glina, zły glina, szalony glina.


Warto
.

Mullholland Drive? Nie, Lakeshore Drive

W zasadzie wystarczyloby jedno słowo:

psychodelicznoambientowonoisowyfreakfolk

Od psychodelicznego wprowadzenia poprzez noisowe nawiedzenie, ambientową atmosferykę po freakfolkowe gitary i spoken wordową spowiedź na końcu.

Jest w tym albumie coś z nastroju filmów Lyncha. W większości instrumentalny album opowiada w kolejnych utworach jedną spójną historię. Cytując oklepane już stwierdzenie – film dla ucha.

Warto
.

Radośni Rosjanie rozrabiają

Nie wiem, co dokładnie, ale bimber wyszedł im niezły. Trochę Boredoms, Residents, sampli, gitar i zabawek. Dużo zabawy. Świetna rzecz.

Można porównać do polskiego Małego Szu, tylko bardziej rozrywkowego.

Warto.

Czarny, stalowy kogut

Straszy po podwórku. Zmutowany i błyszczący chromem, wydaje okrutne metaliczne pienia i napada na zwierzęta. Nawet gospodarze się go boją.

Black Steel Peacock to świetny zespół noisowy. Dokładniej pisząć rhytm noisowy, pojawiają się nawet strzępy melodii. Wszystko w metalicznym, brudnym szumie i sprzężeniu.

Jak zawsze wolałem harsh i pure noise, to elementy rytmiczne dają radę. Album nosi nazwę Dirty Blues i coś jest na rzeczy. Może nie sama melodia, ale odczucie na pewno.

Warto.

Teraz będę straszył

Trafiłem na muzykę, która od razu mi podeszła. Co to znaczy, stali czytelnicy tego bloga wiedzą na pewno. Nie trzeba jednak od razu zmieniać strony. To tylko postfolknoise. Akustyczne, swobodne i tylko czasami freakoutowo noisowe granie. Duchowi spadkobiercy improwizacji, Gerogerigegege i Boredoms/OOIOO w folkowym wcieleniu. Mówiłem, że dobre.

Określając ich jeszcze inaczej – Sandy Bull na złym tripie.

Lżejsze brzmienie.
Cięższe brzmienie.

Warto.

Słowiański noise

Lubię Merzbow. Jednak kiedy oglądam koncerty Masami Akity, mam wrażenie, że artysta może sobie pójść za kulisy, wypić kawę lub sprawdzać maile, a w tym samym czasie laptop będzie odtwarzał muzykę. Mówiąc krótko – muzyk nie jest do niczego potrzebny.

Inaczej w przypadku Urla Macabra. W ich noisie czuć ludzką rękę i fakt, że to właśnie oni muzyką przekazują emocje i treści.

Nie jest to najmocniejszy i najbardziej radykalny brzmieniowo noise. W zasadzie nie bardziej brutalny niż Throbbing Gristle, jednak nagrany z wyobraźnią, bogaty w dźwięki. Słychać doświadczenie, swobodę grania i specyficzną słowiańską duszę.

Warto.

Powrót do korzeni*

Już prawie zapomniałem, jak dobry jest noise. Oczyszcza mózg i uszy ze zbędnych nalecialości, skupia słuchacza na czystym dźwięku. Na szczęście znalazłem dwudziestominutowe Latitude, który pokazuje, że noise naprawdę jest muzyką.

Pięknie skonstruowany, rozwija całą gamę hałasów, z których korzysta ten gatunek. Sprzężenia, statyczne szumy, nagłe ataki dystorcji, elektronicznie zmieniane dźwięki. Przy tym wszystko dosyć łagodnie prowadzi słuchacza. Kawałek dobrej muzyki. Stanowczo polecam każdemu.

Warto.

*Tak, zaczynałem od noise.

Lekcja muzyki

Jednym z moich ulubionych postindustrialnych terminów jest izolacjonizm. Podobnie jak inne gatunki muzyczne, był nadużywany, a muzykę tego rodzaju nazywa się dark ambientem, to jednak różni się od innych okolic ambientu (wiem, jestem hipokrytą, bo ambientu nie lubię). Mimo wszystko Zoviet France i Illusion of Safety dobrze grali i miejsce na blogu się znajdzie.

Czym więc jest izolacjonizm? Skupia się na nastroju, podobnie do ambientu, bywa za to bardziej opresywny, kliniczny i zimny. Dobrym przykładem jest album Pablo Reche – Constelacion. Autor wspiera się tu klasycznym białym szumem noise, jednak potrafił uchwycić esencję gatunku. Warto.

Tutaj.

Następna strona »



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.