Posty otagowane 'folk'

Nie będę się rozpisywał

Muzyka powinna być do słuchania. Kan Makami podaje świetny intensywny, surrealistyczny folk. To, co robi Keiji Haino z bluesem, Makami robi z folkiem. Wystarczy? Mi tak.

Perła.

Kilka wskazówek na przetrwanie w USA

Wszyscy widzieli horrory o upośledzonych, kazirodczych kanibalach czających sie w amerykańskiej głuszy na zagubionych turystów. Zaczynają się zazwyczaj podobnie – zagubieni turyści pytają o drogę na stacji benzynowej, by kierując się wskazówkami pompiarza, trafić do rozpadającej się szopy z cmentarzyskem samochodów na podwórku i kolekcją pił mechanicznych lub innych narzędzi mordu z niedoczyszczonymi plamami krwi (to musi być tylko rdza) wiszących na ścianie.

Tak więc, jeśli kiedykolwiek będziecie w Stanach i chcecie uniknąć losu zagubionych turystów zwracajcie uwagę na muzykę, jakiej sluchają. Oprócz, oczywiście, rozglądania się za efektami wielopokoleniowego chowu wsobnego i ostrych narzędzi z plamami krwi.

Piszę oczywiście o ludowej muzyce z Appalachów. Dobra jest, ale z ludźmi trzeba uważać. Tak na wszelki wypadek.

Tutaj.

Mullholland Drive? Nie, Lakeshore Drive

W zasadzie wystarczyloby jedno słowo:

psychodelicznoambientowonoisowyfreakfolk

Od psychodelicznego wprowadzenia poprzez noisowe nawiedzenie, ambientową atmosferykę po freakfolkowe gitary i spoken wordową spowiedź na końcu.

Jest w tym albumie coś z nastroju filmów Lyncha. W większości instrumentalny album opowiada w kolejnych utworach jedną spójną historię. Cytując oklepane już stwierdzenie – film dla ucha.

Warto
.

Wyobraźmy sobie inny świat

W którym Charlesowi Mansonowi zaakceptowali demówki w wytwórniach. Neil Young sprowadził go na dobrą drogę*. Nikt nikomu nie wydrapywałby widelcem napisów na policzkach, Sharon Tate by nie zginęła, a dzięki temu Polański nie musiałby uciekać ze Stanów ścigany za molestowanie nieletnich. Może nawet wreszcie dostałby Oscara.

Wyobraźmy sobie to słuchając nagrań Mansona z więzienia. Miał na serio kilka dobrych utworów.

Tutaj.

*Znali się, Neil poświęcił mu nawet kilka swoich piosenek.

To nie jest chińska opera

Czego żałuję, ale też dobra muzyka. Ścieżka dźwiękowa do przedstawienia teatralnego na podstawie powieści Soul Mountain. Nie czytałem, podobno autor dostał za nią nagrodę Nobla. Albumu warto posłuchać jednak nawet bez znajomości książki.

Tutaj.

Teraz będę straszył

Trafiłem na muzykę, która od razu mi podeszła. Co to znaczy, stali czytelnicy tego bloga wiedzą na pewno. Nie trzeba jednak od razu zmieniać strony. To tylko postfolknoise. Akustyczne, swobodne i tylko czasami freakoutowo noisowe granie. Duchowi spadkobiercy improwizacji, Gerogerigegege i Boredoms/OOIOO w folkowym wcieleniu. Mówiłem, że dobre.

Określając ich jeszcze inaczej – Sandy Bull na złym tripie.

Lżejsze brzmienie.
Cięższe brzmienie.

Warto.

Gogol Bordello (wcale, że nie)

Czasami nie trzeba wiele pisać, zespół najlepiej sam się przedstawia.

gypsy crust pirate folk punk fiddlin’ banjo clarinet

Trzeba więcej? Proszę bardzo, cygańsko brzmiący folk z punkowymi naleciałościami i wykorzystujący klarnet, banjo. Czasami kapka jazza płynąca z klarnetu plus coś, co mi zalatuje ragtimem.

Strona z zipem.

Prezent na święta

Znalazłem dobry darmowy gamelan. Przez długi czas trudno go było znaleźć na sieci w jakiejkolwiek formie, o darmowej nie wspominając. Teraz odkryłem dwa albumy – to się nazywa prezent pod choinkę.

Warto.
Tutaj też.

Elvis wytrwa tyle rund, ile trzeba

Holyfield przegrał dzięki sprzedajnym sędziom, jednak ja się nie dam przewalić na punkty w starciu z pracą. Na szczęście się uspokoiło na polu walki z listami i paczkami, więc mogę znowu normalnie pisać. Na nowy początek coś związanego z nazwą bloga. Raczej pośrednio i to głównie z powodu nazwy albumu, jednak nie mogę przegapić wrzucenia smaczku zatytułowanego Nazi Elvis.

Alexander de large gra, jak sam określa, punk/country/gothic. Normalne country to nie jest, miewa mocniejsze wstawki i można to podciągać pod punk. Z muzyką gotycką nieco trudniej, ale autor tak twierdzi, więc pewnie ma rację. Tak czy inaczej porzadna muzyka.

Warto(szukajcie tytułowego albumu na stronie).

Bollywood to nie jest

Nie wiem za dużo o Krisznie i hinduizmie. Kilka mniej lub bardziej przypadkowych książek, parę spotkań z wyznawcami Kriszny (Jakiś czas doręczałem im listy.) i indonezyjskie religijnokiczowate obrazy wiszące jako ozdoby w moim domu (Fajne i kolorowe, a na Francisa Bacona, Nowosielskiego czy El Greco mnie nie stać, przykro mi.). Kiedy jednak trafiam na kilkanaście albumów z zapisem pieśni świątynnych z Indii, nie mogę się oprzeć pokusie i ich nie polecić. Chociażby ze względu na ich wartość etnograficzną. Dobrze przy tym nagrane, nie bójcie się. Żadnych przypadkowych dźwięków z ulicy.

Warto.

Następna strona »



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.