Posty otagowane 'erotyka'

Aloha godzilla*

Miałem za młodu kilku ulubionych muzyków okołoelektronicznych: Michela Nomizeda i Billa Nelsona. Pierwszy miał eklektyczną muzykę, to lubiłem go szczególnie za Golozos – rozjechaną, francuską wersję Residents graną na zabawkowych instrumentach. Bill Nelson grał genialny sennoerotyczny elektroniczny pop w stylu lat 80tych -czysty soundtrack do Emmanuelle z tytułami utworów w rodzaju Boy pilots from Bangkok, Love’s first kiss, Sex party six.

Dzisiaj trafiłem na płytę która mogłaby być dzieckiem ze związku Golozos i Billa Nelsona. Co mogę napisać – świetne. Erotyczne, elektroniczne i surrealistyczne. Lepiej być nie może.

Tutaj.

*Tytuł wzięty z tekstu piosenki.

Ostrożnie z harsh noise

Czujcie się ostrzeżeni. Wchodzimy z niebezpieczny grunt czystego i intensywnego hałasu. Żadnego ciepłego plumkania elektroniki, tłustych, tanecznych tanecznych beatów czy innej taryfy ulgowej. Od razy piszę, tak, harsh noise można lubić i słuchać. Jestem tego najlepszym przykładem.

W przypapadku harsh noise trudno mówić o melodii (z oczywistych względów), wszystko skupia się strukturze nałożonych hałasów i wrażenia. Jeśli nie jest pusta i nie nudzi, to dobry noise. Jeśli dodatkowo daje mocnego kopa w mózg, to świetny noise.

Macronympha – to świetny noise, erotyczny i organiczny (prawie na poziomie Masonny i Hermit). Z dodatkowymi subtelnościami, jak ktoś się wsłucha.

Armenia – bardziej paranoiczne i surowe wrażenia, skupia się bardziej na zbudowaniu struktury dźwięków, dramaturgii i treści.

The Haters – mają mocne korzenie w klasycznym industrialu i to słychać, brzmią jak współczesne Throbbing Gristle. Mimo wszytko grają noise.

Taka dawka harsh powinna wystarczyć na początek. Jeśli się komuś spodoba, może liczyć na kolejne odcinki.

W 100% subiektywnie

Ostrzegam wszystkich: w tej właśnie chwili zawieszam wszelkie pozory obiektywności i zamieniam sie radykalnego fanboja. Sprawa jest prosta. Uwielbiam Kazu Makino. Jest Japonką i śpiewa lub szepcze, jakby przeżywała orgazm. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba.

Fakt, że gra i śpiewa w Blonde Redhead, zespole, który również lubię, a który nawiązuje do no wave, postrocka i noise popu tylko dodaje i tak już wystarczających zalet. Czy mówiłem już, że jestem fanbojem? Niewystarczająco, chyba.

Kiedy trzeba, muzyka jest delikatna, w innych przypadkach głośniejsza. Oparta o dosyć skomplikowane struktury muzyczne i nie znudzi po dwóch przesłuchaniach. Ma emocje i nie starzeje się mimo, że przypomina mi czasy, kiedy byłem nastolatkiem.

Oceńcie sami.

Soledad, Miranda Soledad

Jestem fanem Jesusa Franco. Reżysera filmów klasy C i kolejnych liter alfabetu. Wyklętego w latach siedemdziesiatych przez Watykan. Na tyle płodnego i wszechstronnego, że lista jego produkcji we wszystkich możliwych gatunkach sięga ponad 180 tytułów.

O ile jednak Jesus Franco kręcił wszystko, co w danej chwili mógł*, to najlepiej sobie radził z lekko psychodeliczno-erotycznymi horrorami, filmami o kobietach w więzieniu – ogólnie sex- i nunsploitation.

Patrząc na jego filmografię znaleźć można:

The Erotic Adventures of Frankenstein
Robinson and His Tempestuous Slaves
Bare Breasted Countess
Diary of a Nymphomaniac
A Virgin Among the Living Dead
Women’s Penitentiary IV
Swedish Nympho Slaves
Necronomicon – Dreamt Sin

Gwiazdą części jego filmów była właśnie Soledad Miranda, wokół której, pomimo tylu lat od śmierci, istnieje kult wśród miłośników niszowego kina. Mi wystarczyło obejrzeć Vampiros Lesbos, żeby stać się jej wiernym fanem.

Nie zwlekając dłużej i przechodząc do muzyki. Zespół Papillon jest również fanem Soledad i twórczości Franco. Nagrał płytę zatytułowaną Soledad mającą być soundtrackiem do nieistniejącego filmu Jessa. Dostępną w całości za darmo.

Erotyczny, rozmarzony, trochę elektroniczny pop rock.

Soledad i inne darmowe nagrania zespołu

*Jess Franco potrafił nakręcić dwa filmy podczas pracy nad jednym i to w taki sposób, że producent zorientował się, o co chodzi, gdy ten drugi trafil do kin.



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.