Teraz tylko film z jutuba. Za to jaki. Odkryłem kolejnego nieznanego geniusza rocka. Rzecz jest tak abstrakcyjna, surrealistyczna, outsiderska i prymitywna, że aż piękna. Uwaga: wytrzymajcie do końca wideła, warto. Perełka z perkusistą na sam koniec.

Forrestville rocks!

Forrestville rocks!

Forrestville rocks!

Tutaj wywiad w którym butch po prostu rządzi.

Długa droga donikąd

listopad 30, 2008

Butthole Surfers.

Prawie tak brzmią Pixies w kowerze In heaven. Co prawda średnio lubię Buttholi, a Pixies jeszcze mniej, to nie mogę odmówić ich muzyce jakości i charyzmy.

Nie umywa się to jednak do oryginalnego utworu napisanego przez Petera Iversa, klasyka undergrundu, promotora i prekursora wielu później znaczących nurtów muzycznych.

In heaven powstalo na potrzeby Eraserhead – pierwszego filmu Davida Lyncha. W tym filmie widać wszystkie obsesje i kierunki, które później rozwijał.

Tym oto pokrętnym sposobem doszlismy do głównego tematu tego wpisu. Muzyki Edwina Morrisa, który wzorując się na soundtrackach Badalamentiego i grając trochę podobnie do Bohren und Der club of gore, nagrywa swoje niebezpiecznosenne gitraowe drony. Warto.

Tutaj.

Pewnie nie ostatni wpis o świętach. Tym razem ostateczny film o świętym Mikołaju.

Santa Claus conquers the Martians

Fabuła jest prosta. Film zaczyna się reportażem z warsztatu Gwiazdora na biegunie oglądanym, jak się okazuje, przez smutne marsjańskie dzieci. Zauważa to ich ojciec, który postanawia porwać świętego na Marsa. Marsjanie to zimne i logiczne sukinsyny i nie rozumieją emocji, ale święty to zmieni. Zerowe aktorstwo, zerowe dekoracje, idiotyczna fabuła. Klasyczne kino klasy Z z lat 50tych. Nie wolno zapomnieć o marsjańskich hełmach zrobionych z przypadkowo sklejonych antenek, rurek i sprzętów kuchennych.

Film rządzi. Jest za darmo, więc rządzi tym bardziej. Musicie go obejrzeć – to jest rozrywka!

Tutaj.

Powód pierwszy


Powód drugi


Powód trzeci

Dobrze, oszukałem was. Wszystkie piosenki zostały nagrane przez Can. Co mogę poradzić. Od tego zaczęło się moje słuchanie krautrocka. dopiero później odkryłem Faust, Guru Guru, Amon Duul, Neu! i resztę zespołów. Hipnotyczne, transowe, wciąż swieże pomimo ponad trzydziestu lat.

Nie tylko zresztą ja jeden lubię krautrock. Mnóstwo grup się na nich wzoruje, Japończycy do tej pory grają w ten sposób. Les rallizes denudes, chociażby.

Ten wpis będzie o brazylijskich spadkobiercach, a dokładniej o Botanicos. Bardziej improwizowane, płynące brzmienie, krautrock zmieszany z free jazzem. Pychota. Nie mam ich płycie nic do zarzucenia. Co najważniejsze, strawne dla każdego.

Warto.

I heart Guy Maddin

wrzesień 23, 2008

Wspomniałem o nim wcześniej. Teraz zapraszam na jego filmy (o tym, że jest dla mnie geniuszem, nie muszę wspominać) :

Heart of the world

Zookeeper workbook

Sissy Boys Slap Party

Sombra Dolorosa

El Vez to meksykański naśladowca Elvisa, który postawił sobie wielki cel. Używa tego kostiumu do przekazywania społecznych treści. Dodatkowo mocno bawi się warstwą muzyczną. Niestety znowu brak mp3.


Reportaż o El Vezie

El Vez rządzi na koncertach

Haraszo, ocień haraszo

czerwiec 22, 2008

Mam słabość do rosyjskiego. Wystarczy, że ktoś śpiewa w tym języku i mogę wiele wybaczyć. Jednak w przypadku Stellar Mandarin nie muszę na nic przymykać oczu ani uszu. Ta muzyka jest doskonała.

Spójrzmy na tagi jaki została oznaczona:

experimental
free jazz
psychedelic rock
dodekafonia
psychopera

Jeśli to nie przekonało, polecam youtube:

Jeśłi wciąż nie jesteście przekonani, to dlaczego czytacie tego bloga?

Tak czy inaczej, muzykę można pobrać stąd.

Natura w Islandii sprawia różne niespodzianki. W trakcie nocy polarnej można zobaczyć słońce i księżyc jasno świecące jednocześnie naprzeciwko siebie w połowie nieboskłonu, najdziwniejsze kolory chmur oraz najważniejsze – zorze polarne. Zorze potrafiły zatrzymać pijanych w sztok robotników budowlanych wracających samochodem z baru, by wysiedli z samochodu w kompletnej dziczy(czytaj – większości islandzkich terenów) i podziwiać je z opadniętymi szczękami.

Nie obchodzi mnie, jaki jest powód ich powstawania, są świetne.

Stephen McGreevy nagrywa zorze polarne. szumy i zakłócenia elektromagnetyczne jakie powodują. Co daje równie dobry minimal noise ambient jak obrazy z powyższego filmu.

Polecam.

Znowu Rio funk

czerwiec 8, 2008

Tym razem reportaż o tym gatunku. Jak to bywa z reportażami – sporo kitu dla dziennikarzy, obrony przed możliwymi krytykami i gadających głów, ale warto zobaczyć

Miłego oglądania.

Prawdziwy mężczyzna nie musi zasadzić drzewa.

Prawdziwy mężczyzna nie musi zbudować domu.

Prawdziwy mężczyzna nie musi splodzić potomka.

Prawdziwy mężczyzna musi mieć maskę meksykańskiego zapaśnika. Po prostu. Sami zobaczcie.

El santo, jeden z najbardziej znanych zapaśników w Meksyku, wystapił w ponad pięćdzieściu filmach, odsłaniając twarz dopiero na kilka lat przed śmiercią. Maska zapaśnika jest jego siłą, duszą i symbolem. Znakiem prawdziwego mężczyzny.

Możecie je kupić w tym sklepie internetowym (jak ja to pewnie zrobię), który nie płaci mi za reklamę. Serio. Obejrzeć też warto. Mają piękne wzory.

Co do muzyki – Lady Bombon vs. Gigaboy to moi faworyci, których chciałbym zobaczyć w soundtracku do współczesnego filmu o luchadorach. Taneczne, funkowe i ma energię. Trochę posmaku meksykańskiego electro i fantazji. Załóż maskę i idź na densflor, tak jakby to zrobił Santo.

Tutaj.