Bunt trzydziestolatków
grudzień 6, 2008
Wiecie, dlaczego ściągnąłem Mikrofisch? Z powodu tytułu – Masters of the universe. Tak, lubiłem He-mana. Jednak odwołanie do klasycznej kreskówki to dopiero początek i wskazówka pokoleniowa.
Mikrofisch nagrali płytę dla pokolenia wczesnych trzydziestolatków. Mogę odnaleźć się w każdym tekście, jaki napisali. Nie lubię nadętych, pozerskich, indierockowych pedałków. Dopada mnie nostalgia przy starszych zespołach. Nie jestem już taki szybki i bojowy jak kiedyś. Niekoniecznie szukam sensu życia. Staram się rozumieć mlodsze pokolenie, ale nie mogę się w żaden sposób z nimi identyfikować i denerwuje mnie ich zachowanie. Mam dopiero 29 lat (jaaasne) i wciąż czuję się mlody (jaaaaasne).
O tym wszystkim jest album. Muzycznie to taneczny synth pop z domowym/sypialnym brzmieniem i dwojgiem wokalistów. Do mnie trafia. Warto.
Aloha godzilla*
czerwiec 15, 2008
Miałem za młodu kilku ulubionych muzyków okołoelektronicznych: Michela Nomizeda i Billa Nelsona. Pierwszy miał eklektyczną muzykę, to lubiłem go szczególnie za Golozos – rozjechaną, francuską wersję Residents graną na zabawkowych instrumentach. Bill Nelson grał genialny sennoerotyczny elektroniczny pop w stylu lat 80tych -czysty soundtrack do Emmanuelle z tytułami utworów w rodzaju Boy pilots from Bangkok, Love’s first kiss, Sex party six.
Dzisiaj trafiłem na płytę która mogłaby być dzieckiem ze związku Golozos i Billa Nelsona. Co mogę napisać – świetne. Erotyczne, elektroniczne i surrealistyczne. Lepiej być nie może.
*Tytuł wzięty z tekstu piosenki.