Noc miłości, a tak się starałem…
październik 8, 2008
…i znowu wyszło na to samo. W ramach uprzyjaźniania bloga dla postronnych myślałem o wrzuceniu tego, ale nie dałem rady przesłuchać nawet pierwszego utworu. Za miłe, za bardzo wygładzone, brzmi jak muzyka do windy albo podkładu dla didżeja w radiu dla czterdziestoletnich biznesmenów. Nudne, po prostu.
Musiałem ratować się Nocą miłości i ich koncertem. Oni mieli wszystko, co lubię. Japoński psychodeliczny rock w stylu Les Rallizes Denudes i Acid Mothers Temple, krautrock, dronowate improwizacje, hałasy i elementy free improv. Intensywne i narastające. Mieszanka stanowiąca miód dla mego ucha.
Wiem, że odstraszyłem tym opisem sporą część możliwych słuchaczy, ale wiecie co? Jeśli czytacie tego bloga, to powinniście przyzwyczaić. Właśnie.
Pamięci Philipa K. Dicka
maj 10, 2008
Jestem wielkim fanem Philipa Dicka. Sczególnie lubię jego późniejsze powieści za ich paranoję i jednoczesną wrażliwość. Mieszanie przyziemnych problemów z wielkimi sprawami, tematami oraz psychodelicznym stylem jego prozy.
Kolekcjonuję też nagrania oparte o jego twórczość. Mam operę Toda Machovera na podstawie Valis, DWW nagrane przez Richarda Pinhasa.
Bubzigohn ze swoim darmowym albumem trafił w mój czuły punkt. Gdyby Dick był muzykiem nagrałby taki album, jak The left-hand path to jahweh’s doorstep. Po prostu. Ścieżka dźwiękowa do podrózy po psychicznym krajobrazie PKD, ale proszę się nie obawiać – żadnego noise. Rozjechany pop, anti-folk, trochę psychodelii.
Psychodeliczne wykopaliska
kwiecień 30, 2008
Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie perła znaleziona na Internet Archive. Sporo było ostatnio psychodelii, ale los tak chciał – będzie jeszcze więcej. Cierpcie, słuchacze. Jesli przetrwacie taką dawkę mózgotrzepa, będziecie godnymi czytelnikami mojego bloga(medali ani odznaczeń jednak z tego powodu nie otrzymacie).
Jeden z koncertów Acid Mothers Temple. – W archiwach jest ich więcej, o wiele. Warto, jeden z lepszych zespołów japońskiej psychodelii.
Smegma to klasyka psychodelicznego noise już od lat 70tych. Weterani Los Angeles Free Music Society, a to o czymś świadczy.
Blob znowu jest zdrowym psychodelicznym jamującym zespołem. Po tamtej stronie psychodelii, ostrzegam. Wciąż świetne.
Initial ma swoje przestrzenne jazzujace krautrocki. Nareszcie coś dla miłośników większej ilości melodii.
Minimum Dwelling Unit to rock’n'rollowa muzyka konkretna. Mi się podoba. O co chodzi?
Żyjecie? To dobrze.
Biali kanibale
kwiecień 26, 2008
Są artyści znani i mniej znani. Są tez zupełnie nieznani. W oczywisty sposób nie odnosi się to jakości ich muzyki. Czasami jednak budzi zdziwienie, że naprawdę dobrzy muzycy nie wybili się nawet w minimalny sposób. Wtedy do akcji wkracza Kapitan Uglylikeshit ze swoim niestrudzonym pomocnikiem, blogiem My name is Elvis!
Matotumba to eksperymentalny, plemienny i psychodeliczny rock. Rytualne bębny, space i krautrockowe nalecialości, ogólny trans, praktycznie bez wokali, nie licząc krzykow i zaśpiewów bez wyraźnych słów. Czuć tu trochę improwizacji i jamowania, klimatu Hawkwind. Niekoniecznie muzyka dla każdego, ale warto dać im szansę.
Gdyby Anglicy w latach 70tych wyznawali Woodoo, mogliby brzmieć jak Matotumba.