Elektroakustyczne, noisowe, psychoaktywne brzmienia. Tak właśnie grają kolibry nekrofile. Dla fanów Obuha kojarzyć się mogą z Noise Maker’s Fifes. Surrealistyczna wyobraźnia, trochę zgrzytliwa i bardzo żywotna. Ścieżka dźwiękowa dla obrazów Maxa Ernsta.

Jeśli ktoś nie zrozumiał powyższego akapitu, tłumaczę – zespół bardzo mi się podoba.

Warto.

Jeden utwór. Czterdziestominutowy. O ile często psychodeliczne odpały mają problem z przedwczesnym wytryskiem, to Magical Unicellular Music radzi sobie dobrze z utrzymaniem napięcia i nastroju przez cały czas trwania utworu.

Hawkwind, Boredoms w rosyjskim wykonaniu. Weterani psychodelicznego rocka z improwizowanego koncertu. Rispekt.

Tutaj.

W zasadzie wystarczyloby jedno słowo:

psychodelicznoambientowonoisowyfreakfolk

Od psychodelicznego wprowadzenia poprzez noisowe nawiedzenie, ambientową atmosferykę po freakfolkowe gitary i spoken wordową spowiedź na końcu.

Jest w tym albumie coś z nastroju filmów Lyncha. W większości instrumentalny album opowiada w kolejnych utworach jedną spójną historię. Cytując oklepane już stwierdzenie – film dla ucha.

Warto
.

Nie wiem, co dokładnie, ale bimber wyszedł im niezły. Trochę Boredoms, Residents, sampli, gitar i zabawek. Dużo zabawy. Świetna rzecz.

Można porównać do polskiego Małego Szu, tylko bardziej rozrywkowego.

Warto.

Kosmiczne plemię

czerwiec 26, 2009

Pierwsze wrażenie po kilku minutach albumu Tete Monde – kojarzy się z Residents czy Golozos. Później jednak autor zyskuje swój własny głos i miksując znalezione dźwięki, zapisy etniczne i efekty elektroniki tworzy jedna spójną całość dającą odczucie całkiem nowego, nieznanego plemienia. Nie znamy jego języka, rytuałów ani zwyczajów.

Słuchacz wchodzi w obcy świat kultury pierwotnej. Etnopsychodelia w świetnym wydaniu.

Tutaj.

Ful total diskloszure

marzec 23, 2009

Ehehem, no tego, drodzy czytelnicy. Minęło juz 200 postów, czas żebyśmy się lepiej poznali, ehehem. Więc oto ja (i moje ukulele):

thenameiselvis

Wracając jednak do muzyki. Akurat w sam raz dla filmu o meksykańskich zapaśnikach. Al Hotchkiss to blues, surf i psychodelia jednocześnie. Czego tu nie lubić? Chyba tylko mnie na zdjęciu.

Tutaj.

Bajki dla nowych Rosjan

marzec 8, 2009

Kojarzycie wilka i zająca? Jasne, że kojarzycie. Teraz wyobraźcie sobie tę bajkę dadaistycznie zmiksowaną – puszczoną od tyłu, z różną prędkością scen poszatkowanych w przypadkowy sposób. Muzyka Dimy Biesłana tak właśnie brzmi.

Warto.

Strona perełka. Mp3 takich osób jak:

Terence McKenna
Robert Anton Wilson
Albert Hoffmann
Houston Smith
Mark Pesce
Marilyn Fergusson
Joseph Campbell

Poznajecie nazwiska? Jeśli tak, to wiecie, że warto posłuchać. Jeśli nie, to wierzcie mi na słowo.

Tutaj.

Po włosku tym razem. Włoskiego nie znam (poza paroma przypadkowymi slowami) i dlatego tytuł jest po niemiecku. Co do samej muzyki. Dwudziestominutowe jamsession w stylu kosmicznopsychodelicznego grania z lat 60-, 70tych. Psychodeliczne efekty nałożone na krautrockowy szkielet z obligatoryjnymi fragmentami z radia. To w żadnym przypadku zarzut. Nie ma w tym wiele nowego, ale miło się slucha. Nie mówiąc juz o tym, że około 8 minuty muzycy zaczynają tworzyć fajne, gęste brzmienia.

Tutaj.

Długa droga donikąd

listopad 30, 2008

Butthole Surfers.

Prawie tak brzmią Pixies w kowerze In heaven. Co prawda średnio lubię Buttholi, a Pixies jeszcze mniej, to nie mogę odmówić ich muzyce jakości i charyzmy.

Nie umywa się to jednak do oryginalnego utworu napisanego przez Petera Iversa, klasyka undergrundu, promotora i prekursora wielu później znaczących nurtów muzycznych.

In heaven powstalo na potrzeby Eraserhead – pierwszego filmu Davida Lyncha. W tym filmie widać wszystkie obsesje i kierunki, które później rozwijał.

Tym oto pokrętnym sposobem doszlismy do głównego tematu tego wpisu. Muzyki Edwina Morrisa, który wzorując się na soundtrackach Badalamentiego i grając trochę podobnie do Bohren und Der club of gore, nagrywa swoje niebezpiecznosenne gitraowe drony. Warto.

Tutaj.