Na okladce widnieje blondynka ze spojrzeniem femme fatale i papierosem w ręku. Zdjęcie wygląda na lekko prześwietlone, z przewagą czerwieni.

Są zespoły, które pomimo tego, że grają okołopopową muzykę, potrafią robić w to sposób naprawdę niepokojący. Słuchacz wchodzi w nagrania z drżeniem serca, szuka podtekstów i atmosfery.

Z Cool i płytą Seduction jest podobnie. Nerwowoerotyczne Savannah, tindersticksowocavowe The Bedroom door, postpunkowe Head, easylistingowe Cool. Płyta krąży wokół klimatu filmów Lyncha, Jessa Franco i włoskich horrorów, dodając do tego wszystkiego sporo ironii i undergrundowej surowości.

Tutaj.

Jak zapewnie niektórzy zauważyli, wpisy są obecnie co dwa tygodnie. Tłumaczyć się mogę zalewem pracy. Nigdy nie lubiłem podatków gminnych i pracy na dwa rejony (nikomu tego nie polecam). Nie jest jednak tak źle, blog działa i będzie działał. Dla ciekawych, zbliżam się do dwusetnego wpisu.

Nie przedłużając dłużej, czas wrócić do muzyki. Snot Patties gra przyjemny lo-fi pop. Gitary i głos, jakość lo-fi, czego się można spodziewać. Odpoczywa się przy tym dobrze, co ważne przy wracaniu z pracy przez dwa tygodnie po 20.

Warto.

Dobrze, może nie najlepszy, ale na pewno zabawny. Czasami jazzujące przeróbki klasyki popu z politycznymi tekstami. Chyba politycznymi, nie znam hiszpańskiego, więc kojarzyłem co czwarte słowo. Tak czy inaczej, dobre.

Tutaj (dwa albumy).

Święta coraz bliżej

listopad 9, 2008

W sklepach już pojawiają się Mikołaje i ozdoby choinkowe. Czas pomysleć o prezentach (nie jestem gorliwym katolikiem, muszę przyznać). Ja już zdecydowałem. Kupię wszystkim działki na księżycu – za 20 dolarów można dostać całkiem spory teren na jasnej stronie. Dostanie ją nawet mój pięcioletni siostrzeniec. Mam nadzieję, że do czasu, gdy dorośnie, będzie mogł z niej pożytek. Minie w końcu około 25 lat, prawda?

Dlatego w tym wpisie będą pozytywne zespoły dające szanse na przyszłość. The Spacetones grają przyjemny hip hop z kosmicznym klimatem. Brakuje im co prawda trochę szlifu w podkładach, ale podobnie do rozwoju technologii, mają potencjał na przyszłość i nawet teraz nie są kiepscy.

Podobnie Rene Vis z albumem Holiday upon the moon. Lekko dziwny elektroniczny pop domowej roboty. Ma ciepły urok starej sf pełnej nadziei i wiary w czlowieka. Mógłby być grany na gwiazdkowych imprezach na księżycu. Czekam na jego album z kolędami. Dobry outsider pop, po prostu.

Holiday upon the moon
The Spacetones

Wierzę w Amerykę

listopad 2, 2008

Laurie Anderson jest świetna. Wystarczyło jej osiem minut i minimalistyczna muzyka, żeby przedstawić i rozbić podstawy amerykańskiego mitu.

Will Kouf może nie jest tak subtelny, ale jego rock opera o Kapitanie Ameryce też daje obraz podstaw amerykańskich wierzeń i jest świetnym soundtrackiem do komiksu. No i to dobra muzyka.

Warto.

For your ears only

październik 31, 2008

Mój kontakt z kulturą Filipin byl mniej niż skromny. W zasadzie ograniczał się do zerobudżetowej parodii Jamesa Bonda z karłem o imieniu Weng Weng w roli głównej. For your height only.

Ostatnio napotkałem drugi przejaw ich kultury. Równie dziwny i tani. Elektronika wymieszana z filipińską muzyką ludową. Jak to bywa z takimi plytami, większość utworów nadaje się na loungowe składanki dla naiwnych, jakie można znaleźć na supermarketowych wyprzedażach*, jednak i na niej są utwory godne uwagi – Tanday i Lablabbaan.

Spokojnie mógłyby się znaleźć na składance Potatoes – w której swoje podejście do muzyki ludowej i tradycji prezentowali Residents, Snakefinger, Ronaldo and the loaf i Negativland. Trochę naiwne, lekko dziwne, ale mimo wszystko świetnie nadające się do słuchania. Tylko dla tych utworów polecam Madlangkanta.

Tutaj.

*Byłem kiedyś naiwny i kupiłem.

Grunt to się dobrze zestarzeć

październik 1, 2008

Retrospektywy to dobra rzecz. Rzadko bywają całkowicie obiektywne i pokazują najczęściej, co autor myśli o swojej muzyce w obecnej chwili jednak mimo wszystko dają pewien obraz rozwoju zespołu/muzyki. Widać to wyraźnie na przykładzie Blanketship.

Zaczynali jako psychodeliczny zespół z lekko transowymi odjazdami w stronę eksperymentu muzycznego. Wciąż mimo to z przyjazną dla ucha melodię i czasami nawet rockowy feeling. Z czasem dojrzeli i ich utwory są bardziej przemyślane, nie oparte już o proste skojarzenia. Zaczęli bawić się trochę plądrofonią, przez co piosenki mają więcej warstw. Nabrali umiejętności. Co tu dużo mówić, są o wiele lepsi. Jeśli miałbym polecać, to właśnie późniejszy okres twórczości.

Z poczatkowego okresu działalności zostało zamiłowanie do okazjonalnych freakoutów i psychodelii. Wciąż nie są najbardzie odjechanym zespołem na tej planecie, ale rozbudowanie brzmienia i treści wyszło na dobre.

Tutaj można ściągnąć przegląd ich twórczości.

Sunken Treasures cz. 1 i 2.

Znacie? To posłuchajcie.

wrzesień 27, 2008

Każdy zna My life in a bush of ghosts. Brian Eno, David Byrne, początki samplowania, pierwociny hip hopu i elektroniki w kształcie, jaki znamy obecnie , tra la la, itp. Cokolwiek by nie sądzić o obu panach (wolę Keitha Le Blanca, mówiąc szczerze), swoje do rozwoju muzyki dołożyli (nie zapominając o biorącym udział w nagraniu płyty Billy Laswellu). Wiecie, że album ma już 27 lat?

Na 25lecie twórcy postanowili wydać reedycje ze specjalną wkładką. To właśnie ona będzie tematem tego wpisu. Udostępnili dwa utwory z płyty do samplowania, modyfikowania i późniejszego umieszczania na tej stronie.
Można przeglądać przeróbki, głosować i ogólnie bawić się na wiele sposobów. Polecam.

Historii ciąg dalszy. Ktoś zebrał część remiksów i zrobił z tego album. Darmowy, do ściągnięcia na Internet Archive. Wersje są różne, ale miło jest porownać współczesne wizje muzyczne z ich praszczurem.

Tutaj.

Okrutny dylemat

wrzesień 27, 2008

Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Rock’n'roll, soul i doo wop. Powinny budzić nostalgię i być retro. Dlaczego więc słucha mi się ich lepiej, o biciu na głowę współczesnego popu/rocka nie mówiąc? Pytanie brzmi:

Z kim nie jest tak – ze mną czy współczesnym popem.

Oceńcie sami.

Kreskówkowo powiedzmy

wrzesień 25, 2008

Pamiętacie stara kreskówkę z Porkym, w której kury nie niosły jaj więc zapraszał kolejnych kogucich spiewaków (tu wstaw świetne parodie popularnych piosenkarzy z tamtego okresu). W końcu zaprosil croonera wszech czasów, Franka Sinatrę. Kury znosiły jaja jak szalone.

Chesterowi Chickenowi daleko do koguciego Sinatry, to raczej kurczak z prownicji występujący na małomiasteczkowym gdakaoke. Dobrze, przyznaję, to głupia plyta – melodyjne gdakanie do klasyki popu. Co poradzę na to, że mnie bawi, a utwór (You make me feel) Like a natural chicken szczególnie? Nic. Chórki w tej piosence rządzą.

Sami sprawdźcie.