Rosyjskie grzyby rosną duże
lipiec 14, 2009
Jeden utwór. Czterdziestominutowy. O ile często psychodeliczne odpały mają problem z przedwczesnym wytryskiem, to Magical Unicellular Music radzi sobie dobrze z utrzymaniem napięcia i nastroju przez cały czas trwania utworu.
Hawkwind, Boredoms w rosyjskim wykonaniu. Weterani psychodelicznego rocka z improwizowanego koncertu. Rispekt.
Wings of an angel – Ayana
czerwiec 15, 2009
W sumie nie wiem, czemu ten album zostałm otagowany jako hip hop i street music (pewnie chodzi wykorzystanie sampli), ale wiem jedno. Świetne połączenie muzyki arabskiej i free jazzu z nałożonymi na to spoken wordem (też po arabsku). Kimkolwiek jest autor, zna się na swoim fachu. Trochę Interzone Burroughsa (soundtrack do Naked Lunch to dobra rzecz, film jest świetny, a książkę mam po angielsku i po polsku, polecam), trochę mistycyzmu.
Wybaczam nawet pompatyczny pseudonim muzyka, Wings of an angel. Jego sprawa.
Z free jazzem też nie ma co przesadzać, żadnych ciężkich odjazdów. Powtarzając się, dobra rzecz. Bitnicy by to polubili. Ja też.
Doskonałe polączenie, przystępne, uduchowione. Autor opisuje to jako swoje najbardziej ezoteryczne nagranie, ale wiecie co, nie ma się czego bać.
Manifest artystyczny?
marzec 8, 2009
The sound plays inside the vault of the thought, and its innumerable thinkings invoke the presence of to be, reverberating inside an acoustic architecture and producing arguments that debilitates the disintegration power of death.
The vault enclosure of the skull is the revelation’s temple, it acts like a reverberating box amplifying the spirit and giving to its mystery a aesthetic dimension that is projected like ontology. It is similar to Celestial mechanics, that animates the humans thoughts and makes fire their living space.
This music is a metaphor of the organic operation of life, to try to figure out its intelligence. The goal is not to create a mimetic soundscape, but also convert sounds into sentences of a static language, to transform invaded places by dead silence, into thinking places.
Carlos Suárez
Niech sobie artysta gada co, cu mu ślina na język przyniesie. Nagrał dobrą muzykę, to wystarczy. Pełną, tworzącą świetne psychomuzyczne struktury i rzeźby. Pogańską w duchu. Sam jednak zaczynam zbaczać w stronę smucenia krytyków od awangardy. Więc zostawiam was sam na sam z dźwiękiem.
Vaatican Records
styczeń 24, 2009
Na stronę tego wydawnictwa warto zajrzeć choćby dla ściany okładek. Po raz pierwszy projekty graficzne dla netlabela w jakiś sposób mnie poruszyły. Doskonale przy tym oddają muzykę wydawaną przez to wydawnictwo – surrealistyczną, soundtrackową elektronikę we wszystkich odmianach. Nie przejrzałem jeszcze wszystkiego, ale na pewno ściągnąć Zama. Skrzyżowanie Esquivela i Corneliusa podlane kwasowym, filmowoturntablizmowym nastrojem.
Resztę sprawdzajcie sami, na pewno znajdziecie coś dla siebie. Albumów jest naprawdę dużo.
Nie mogę znaleźć tytułu
grudzień 21, 2008
Jeśli ktoś wspomina o ambiencie i elementach jazzu, spokojnym brzmieniu we współczesnym rocku to pierwsze co się narzuca, to postrock. Sa jednak zespoły, którym udało udało się uniknąć tej mocno przetartej ścieżki. Przykładem niech będzie Farta Cecilia. Wciąż jest trochę jazzowo, trochę ambientowo, bliżej im jednak Soft Machine. Niech to skojarzenie nikogo nie zmyli – znaleźli wlasne brzmienie i nie wspomagają się wyłącznie wynalazkami sprzed 20 – 30 lat.
Najmniejszy album w sieci
grudzień 21, 2008
Glitch, click’n'cut przelożony na fortepian. Mikroskopijne utwory złożone z pętli fraz pianina z dodanymi podskórnymi elementami lekkonoisowych przeszkadzajek (wcale przy tym nie szumiących ani nie skrzypiących). Bardziej można je porównać elektroakustycznych, preparowanych instrumentów. Wszystko to zapakowane w całe 1,6 mega pliku.
Nerwowe i energetyczne bardziej niż niejeden industrialny album.
Lekcja muzyki
listopad 16, 2008
Jednym z moich ulubionych postindustrialnych terminów jest izolacjonizm. Podobnie jak inne gatunki muzyczne, był nadużywany, a muzykę tego rodzaju nazywa się dark ambientem, to jednak różni się od innych okolic ambientu (wiem, jestem hipokrytą, bo ambientu nie lubię). Mimo wszystko Zoviet France i Illusion of Safety dobrze grali i miejsce na blogu się znajdzie.
Czym więc jest izolacjonizm? Skupia się na nastroju, podobnie do ambientu, bywa za to bardziej opresywny, kliniczny i zimny. Dobrym przykładem jest album Pablo Reche – Constelacion. Autor wspiera się tu klasycznym białym szumem noise, jednak potrafił uchwycić esencję gatunku. Warto.
Trzy powody, dla których lubię krautrock
październik 31, 2008
Powód pierwszy
Powód drugi
Powód trzeci
Dobrze, oszukałem was. Wszystkie piosenki zostały nagrane przez Can. Co mogę poradzić. Od tego zaczęło się moje słuchanie krautrocka. dopiero później odkryłem Faust, Guru Guru, Amon Duul, Neu! i resztę zespołów. Hipnotyczne, transowe, wciąż swieże pomimo ponad trzydziestu lat.
Nie tylko zresztą ja jeden lubię krautrock. Mnóstwo grup się na nich wzoruje, Japończycy do tej pory grają w ten sposób. Les rallizes denudes, chociażby.
Ten wpis będzie o brazylijskich spadkobiercach, a dokładniej o Botanicos. Bardziej improwizowane, płynące brzmienie, krautrock zmieszany z free jazzem. Pychota. Nie mam ich płycie nic do zarzucenia. Co najważniejsze, strawne dla każdego.
Zlali mi się do środka
październik 25, 2008
Znowu napisali wszystko za mnie i nic lepszego nie wymyślę. Całkowity mashup wszystkiego ze wszystkim, w dodatku edukacyjny. Przedstawienie historii cut up, samplingu w 60minutowym utworze. Co najważniejsze, dobrze się tego słucha.
Dodatkowo można bawić się w zgadywanie, skąd pochodzi każdy fragment i szpanować przed znajomymi swoją wiedzą muzyczną. Fajnie, nie? Polecam.
Nie próbujcie tego w domu
październik 25, 2008
Tu miał być błyszczący erudycją wpis. Zamiast niego porada:
nie słuchajcie harsh noise i głośnej eksperymentalnej elektroniki mając ból zęba, chroniczne przeziębienie z gorączką i bólem w zatokach, a dodatkowo ciągły ból w karku. Jadąc przy tym na środkach przeciwbólowych. Efekty niepożądane wzmagają się kilkakrotnie.
Jednak nawet dla takiego stanu jest odpowiednia muzyka. Transowa, minimalistyczna, w dodatku grana na didżeridu. Autor powołuje się na niu ejdż i ma za sobą odpowiednie doświadczenia (podróże po egzotycznie mistycznych krajach, jogę i astrologię, bycie wolnym duchem w skomercjalizowanym społeczeństwie plus cała reszta odpowiednio oświeconych doświadczeń i inspiracji wpisana w CV). Można to jednak spokojnie zignorować i posłuchać muzyki. Dobra jest.