Coffin Cadillac
lipiec 14, 2009
Indonezyjski heavy rock. Na stronie piszą o zespole jako o polączeniu Motorhead i MC5. MC5 lubię, Motorheada najczęsciej omijałem. Chyba czas nadrobić zaległości.
W sumie niewiele wynika z pochodzenia zespołu. Mogliby tak grać w dowolnej części świata, nie licząc może niewyraźnych wokali, których nie potrafię pomimo wielu prób zrozumieć.
Nieważne zresztą, muzyka jest dobra. Łoją na gitarach z energią, jakiej może im pozazdrościć wiele zespołów z mniej egzotycznych krajów.
Ful total diskloszure
marzec 23, 2009
Ehehem, no tego, drodzy czytelnicy. Minęło juz 200 postów, czas żebyśmy się lepiej poznali, ehehem. Więc oto ja (i moje ukulele):

Wracając jednak do muzyki. Akurat w sam raz dla filmu o meksykańskich zapaśnikach. Al Hotchkiss to blues, surf i psychodelia jednocześnie. Czego tu nie lubić? Chyba tylko mnie na zdjęciu.
Nieznane legendy rocka cz. 2
marzec 8, 2009
Czekając na zamówione płyty Butcha Willisa & The Rocks (Tak, jestem prawdziwym fanem. Tak, wciąż kupuję kompakty.) przedstawiam kolejną niesłusznie nieznaną Legendę (Tak, zasługuje na dużą literę.):
TEEZAR!!!
TEEZAR!!!
TEEZAR!!!
Zespół, który przebił się do pierwszej dziesiątki słuchanych przez mnie zespołów na last.fm. To już o czymś świadczy, nie?
Przechodząc do rzeczy. Zajrzyjcie tutaj, przeczytajcie historię zespołu i ściągnijcie mp3. Warto.
P.s. Nie wspominam już o tym, że jestem podobny do jednego z muzyków ( tego w okularach). Bywa, zbytnio wyglądający nie jestem.
Nie umiem nawet pływać, ale wciąż fajne
luty 7, 2009
Nostalgiczny surf rock. W zasadzie nie wiem, co można więcej napisać. Na zewnątrz zima (podobno), jestem trochę chory (Drugi raz w miesiącu, zapalenie dróg oddechowych czy inny wirus nie chciało łatwo przejść.), więc piosenki o kalifornijskich wspomnieniach dobrze mi wchodzą. Mojo Wire daje radę. Jest w tym trochę Beach Boys, trochę klasycznego rocka*. Wokal mnie przekonuje.
Ogólnie, jest w tym tęsknota za przeminiętą mlodością.
*Musicie mi wybaczyć. Wciąż nie wyleczyłem się z lubienia Jethro Tull.
Elvis wytrwa tyle rund, ile trzeba
grudzień 21, 2008
Holyfield przegrał dzięki sprzedajnym sędziom, jednak ja się nie dam przewalić na punkty w starciu z pracą. Na szczęście się uspokoiło na polu walki z listami i paczkami, więc mogę znowu normalnie pisać. Na nowy początek coś związanego z nazwą bloga. Raczej pośrednio i to głównie z powodu nazwy albumu, jednak nie mogę przegapić wrzucenia smaczku zatytułowanego Nazi Elvis.
Alexander de large gra, jak sam określa, punk/country/gothic. Normalne country to nie jest, miewa mocniejsze wstawki i można to podciągać pod punk. Z muzyką gotycką nieco trudniej, ale autor tak twierdzi, więc pewnie ma rację. Tak czy inaczej porzadna muzyka.
Umarł król, niech żyje król
listopad 23, 2008
W jednym z poprzednich postów pisałem o Minutemen jako o jednym z najdoskonalszych zespołów gitarowych, który za wcześnie zszedł ze sceny. Wciąż tak uważam. Don’t mean maybe też ich lubią i słychać to w ich muzyce. Przekraczanie granic punka, ciepłe kalifornijskie brzmienie z naleciałościami bluesa i funka. Muzyka bez granic. Wokalista ma głos, jaki lubię. Podstawa.
Wierzę w Amerykę
listopad 2, 2008
Laurie Anderson jest świetna. Wystarczyło jej osiem minut i minimalistyczna muzyka, żeby przedstawić i rozbić podstawy amerykańskiego mitu.
Will Kouf może nie jest tak subtelny, ale jego rock opera o Kapitanie Ameryce też daje obraz podstaw amerykańskich wierzeń i jest świetnym soundtrackiem do komiksu. No i to dobra muzyka.
Trzech Jezusów
październik 19, 2008
Zagadka. O kim będzie ten wpis?
1. Teenage Jesus and the jerks (podpowiedź: nie, choć Lydia lunch rządzi)
2. Jesus Christ Allin (podpowiedź: nie, mimo że to mój ulubiony punk)
3. Jesus Lizard (podpowiedź: tak, trafiliście w dziesiątkę. Idźcie do najbliższej strzelnicy i odbierzcie pluszowego misia jako nagrodę. Powołajcie się na ten blog.)
Psychotyczne teksty, wokal i muzyka. Czego można chcieć więcej. Chyba tylko więcej darmowych utworów.
Wszystko jest w nazwie
październik 17, 2008
Kiedy go znalazłem, wiedziałem, że będzie dobry. Po prostu wiedziałem. Jeśli ktoś potrafił taką nazwę dla zespołu, musi też mieć wystarczające jaja, by dobrze grać. Powtórzcie za mną:
Cheb Samir and the black souls of Leviathan.
Powtórzcie jeszcze raz, próbując poczuć te słowa w ustach:
Cheb Samir and the black souls of Leviathan.
Właśnie. Obiecuje beatnikowską poezję, garażowe in-your-face, bluesowego wolnego ducha. Co najważniejsze, zespół dorównuje swojej nazwie. To jest wyczyn. Jon Spencer byłby z nich dumny.