Blues.

Czy pisałem, że to blues?

Pochodzą z Hiszpanii i nazywają się Los Voodoo Santos.

Cytując polskich dziennikarzy bluesowych (uwaga, wyobrazić sobie nadęcie polskiego dziennikarza muzycznego) – Bo wiecie, blues nie jest smutną muzyką.

Los Voodoo Santos nie są smutni. Mają dodatkowo swoje pomysły na muzykę (trochę wplecionego jazzu i latynoskich wpływów), a album jest dobrze nagrany. Więcej nie trzeba.


Tutaj
.

Energetyczne.

Dobrze nosi.

Z przekazem.

Mieszanka afro, jazzu, bluesa i hip hopu z Francji (pozwolę sobie ukraść opis ze stony na archive.org).

Może nie są szczególnie ekscentryczni, ale dobrzy są na pewno.

D’Exils en itinéraires

Warto.

Ful total diskloszure

marzec 23, 2009

Ehehem, no tego, drodzy czytelnicy. Minęło juz 200 postów, czas żebyśmy się lepiej poznali, ehehem. Więc oto ja (i moje ukulele):

thenameiselvis

Wracając jednak do muzyki. Akurat w sam raz dla filmu o meksykańskich zapaśnikach. Al Hotchkiss to blues, surf i psychodelia jednocześnie. Czego tu nie lubić? Chyba tylko mnie na zdjęciu.

Tutaj.

Bez większego powodu

marzec 8, 2009

Hasło w wyszukiwarce: prison

Rezultat: murzyńskie pieśni więzienne z Misissipi (rok 1947)

Świetna rzecz.

Tutaj.

To jest blues!

luty 22, 2009

Uwielbiam Charliego Pattona, a Nowhere Boy Simon przekazuje jego ducha i styl tak bardzo, jak tylko się da, nie tracąc przy tym ze swojego charakteru. Mocny akustyczny blues. Energia i atmosfera. Naprawdę warto. Nawet surowe nagranie dodaje do muzyki, a nie odejmuje. Potwierdza tylko moją teorię, że blues był w swoich czasach jak punk.

Trzeba.

Hiszpania/Luizjana

styczeń 24, 2009

Powiedzmy sobie szczerze. Mississipi Alligators nie grają tak genialnego boogie jak Captain Beefheart na Tarotplane. Nie są tak świetni Professor Longhair czy Dr John (ale to legendy). Dają jednak na tyle dobrego boogiebluesa, że warto ich posłuchać.

Tutaj.

Blues, coś więcej?

grudzień 6, 2008

Dobry akustyczny blues. Trzeba więcej?

Ludzie dobrze się czują grając ze sobą i wiedzą, jak grać bluesa. Trzeba więcej?

Wokalista ma fajny zaśpiew w stylu Charliego Witherspoona (choć nie jego skalę glosu) i nawet podobny śmiech. Trzeba więcej?

Album został nagrany w ciągu jednego dnia i ma koncertowopubowy klimat. Trzeba więcej?

Nie.

Tutaj.

W jednym z poprzednich postów pisałem o Minutemen jako o jednym z najdoskonalszych zespołów gitarowych, który za wcześnie zszedł ze sceny. Wciąż tak uważam. Don’t mean maybe też ich lubią i słychać to w ich muzyce. Przekraczanie granic punka, ciepłe kalifornijskie brzmienie z naleciałościami bluesa i funka. Muzyka bez granic. Wokalista ma głos, jaki lubię. Podstawa.

Warto.

Wszystko jest w nazwie

październik 17, 2008

Kiedy go znalazłem, wiedziałem, że będzie dobry. Po prostu wiedziałem. Jeśli ktoś potrafił taką nazwę dla zespołu, musi też mieć wystarczające jaja, by dobrze grać. Powtórzcie za mną:

Cheb Samir and the black souls of Leviathan.

Powtórzcie jeszcze raz, próbując poczuć te słowa w ustach:

Cheb Samir and the black souls of Leviathan.

Właśnie. Obiecuje beatnikowską poezję, garażowe in-your-face, bluesowego wolnego ducha. Co najważniejsze, zespół dorównuje swojej nazwie. To jest wyczyn. Jon Spencer byłby z nich dumny.

Tutaj.

Prosta sprawa

październik 4, 2008

Naprawdę prosta. Jest człowiek nazywający się Brennen Reece. Bardzo dobry gitarzysta bluesowojazzowy, który udostępnia za darmo swoje swoje nagrania i jakby to powiedzieć, bardzo dobrze gra. Za darmo udostępnia, no.

Z powodu problemów z blogiem muzyki tymczasowo można posłuchać tutaj. Wciąż warto.