Free jazz i już

kwiecień 22, 2008

Unikałem rozpoczęcia cyklu o free jazzie i improwizacji. Z bardzo prostego powodu. Bardzo ciężko o tym pisać. Pułapki technicznego żargonu lub nadmiernego poetyzowania dla oddania nastroju i odczuć(dronowate dźwiękokształty z starych zinów i distro katalogów do tej pory straszą mnie po nocach) są ogromne.

Zacznę więc prosto – lubię free jazz i improv. Lubię świeźość chwili, kiedy pozornie luźne dźwięki niespodziewanie zaczynają w zderzeniu ze sobą lub przeplataniu pomiędzy zaczynają tworzyć szerszą nawet niekoniecznie strukturę, a sens, żeby za chwilę się przeformułować w coś nowego. Czasami można to porównać do oglądania telewizji w obcym języku – niezrozumiałe słowa i obrazy nagle wskakują na swoje miejsce w układance. Czasami to bardziej podskórne, organiczne wrażenie budowane przez cały utwór. Innym razem to geniusz na poziomie Love Supreme i przekazanie wizji autora bez ograniczeń gatunków i wstępnych założeń.

Czasami zaś lubię ciężki jazgot Painkillera i gwałcenie sobie mózgu i bębenkow czystą i głośną kakofonią dźwięków. Wtedy też free jazz/improv dobrze spełnia swoje zadanie i jest dobrze i przyjemnie. Lubię free jazz i improwizację.

Na pierwszy ogień pójdzie rosyjski zespół Totalitarian Music Sect

Napisz odpowiedź