Niebezpieczne kobiety, niebezpieczne filmy
lipiec 26, 2009
Na okladce widnieje blondynka ze spojrzeniem femme fatale i papierosem w ręku. Zdjęcie wygląda na lekko prześwietlone, z przewagą czerwieni.
Są zespoły, które pomimo tego, że grają okołopopową muzykę, potrafią robić w to sposób naprawdę niepokojący. Słuchacz wchodzi w nagrania z drżeniem serca, szuka podtekstów i atmosfery.
Z Cool i płytą Seduction jest podobnie. Nerwowoerotyczne Savannah, tindersticksowocavowe The Bedroom door, postpunkowe Head, easylistingowe Cool. Płyta krąży wokół klimatu filmów Lyncha, Jessa Franco i włoskich horrorów, dodając do tego wszystkiego sporo ironii i undergrundowej surowości.
Hermetycznie, ekscentrycznie
lipiec 26, 2009
Elektroakustyczne, noisowe, psychoaktywne brzmienia. Tak właśnie grają kolibry nekrofile. Dla fanów Obuha kojarzyć się mogą z Noise Maker’s Fifes. Surrealistyczna wyobraźnia, trochę zgrzytliwa i bardzo żywotna. Ścieżka dźwiękowa dla obrazów Maxa Ernsta.
Jeśli ktoś nie zrozumiał powyższego akapitu, tłumaczę – zespół bardzo mi się podoba.
Przegapiłem taki koncert
lipiec 16, 2009
Nie mogę sobie darować. Naśladowcy Boredoms/Johna Zorna/japońskiej free noise awangardy podkładają ścieżkę dźwiękową pod operę mydlaną o policjantach. Już sam utwór jest świetny, nie mówiąc o kompletnym zestawie z równolegle nadawanym serialem.
Album nie brzmi, co prawda, jak policyjna opera mydlana, a raczej jak soundtrack z filmu Takashi Miike. Pewnie dlatego mi się podoba.
Dobry glina, zły glina, szalony glina.
Z lenistwa
lipiec 16, 2009
Mógłbym opisać muzykę swoimi słowami, tylko po co?
This “Calendaires”-release contains two parts, both together over 50 minutes long. Part one begins in a very dark context. Deep, growling bass sounds coming to the surface very slowly, bringing some motives and melodies with them. All these parts are layered together to a monumental and threatening wall of sound, which collapses and falls apart into a deep and dark soundscape again. Part two brings more light to the listener. Little chime-pieces lead to a wide field of melodies and sounds rushing around, bringing back memories.
Na deser zaś duet na fortepian i maszynę do szycia. Tak zresztą trafiłem do pierwszego opisanego albumu. Linki są fajne, nie?
Rosyjskie grzyby rosną duże
lipiec 14, 2009
Jeden utwór. Czterdziestominutowy. O ile często psychodeliczne odpały mają problem z przedwczesnym wytryskiem, to Magical Unicellular Music radzi sobie dobrze z utrzymaniem napięcia i nastroju przez cały czas trwania utworu.
Hawkwind, Boredoms w rosyjskim wykonaniu. Weterani psychodelicznego rocka z improwizowanego koncertu. Rispekt.
Coffin Cadillac
lipiec 14, 2009
Indonezyjski heavy rock. Na stronie piszą o zespole jako o polączeniu Motorhead i MC5. MC5 lubię, Motorheada najczęsciej omijałem. Chyba czas nadrobić zaległości.
W sumie niewiele wynika z pochodzenia zespołu. Mogliby tak grać w dowolnej części świata, nie licząc może niewyraźnych wokali, których nie potrafię pomimo wielu prób zrozumieć.
Nieważne zresztą, muzyka jest dobra. Łoją na gitarach z energią, jakiej może im pozazdrościć wiele zespołów z mniej egzotycznych krajów.
Mullholland Drive? Nie, Lakeshore Drive
lipiec 5, 2009
W zasadzie wystarczyloby jedno słowo:
psychodelicznoambientowonoisowyfreakfolk
Od psychodelicznego wprowadzenia poprzez noisowe nawiedzenie, ambientową atmosferykę po freakfolkowe gitary i spoken wordową spowiedź na końcu.
Jest w tym albumie coś z nastroju filmów Lyncha. W większości instrumentalny album opowiada w kolejnych utworach jedną spójną historię. Cytując oklepane już stwierdzenie – film dla ucha.
Warto.
Duch Jimmiego Witherspoona
lipiec 5, 2009
Blues.
Czy pisałem, że to blues?
Pochodzą z Hiszpanii i nazywają się Los Voodoo Santos.
Cytując polskich dziennikarzy bluesowych (uwaga, wyobrazić sobie nadęcie polskiego dziennikarza muzycznego) – Bo wiecie, blues nie jest smutną muzyką.
Los Voodoo Santos nie są smutni. Mają dodatkowo swoje pomysły na muzykę (trochę wplecionego jazzu i latynoskich wpływów), a album jest dobrze nagrany. Więcej nie trzeba.
Radośni Rosjanie rozrabiają
lipiec 5, 2009
Nie wiem, co dokładnie, ale bimber wyszedł im niezły. Trochę Boredoms, Residents, sampli, gitar i zabawek. Dużo zabawy. Świetna rzecz.
Można porównać do polskiego Małego Szu, tylko bardziej rozrywkowego.
Nie samym dziwactwem człowiek żyje
czerwiec 26, 2009
Energetyczne.
Dobrze nosi.
Z przekazem.
Mieszanka afro, jazzu, bluesa i hip hopu z Francji (pozwolę sobie ukraść opis ze stony na archive.org).
Może nie są szczególnie ekscentryczni, ale dobrzy są na pewno.
D’Exils en itinéraires