Anegdotka + muzyka

Uwielbiam bardzo aluzyjne prezenty od ojca. Dostałem między innymi kostkę z pozycjami seksualnymi i poduszkę w kształcie piersi (kobiecych, jak inaczej). Kiedy dostanę gumową lalę, tato?

Anegdotka odhaczona, czas przejść do muzyki. Ruth Wallis to artystka kabaretowa z lat czterdziestych z podobnie subtelnymi aluzjami w tekstach. Ryzykowna w tamtych czasach, zakazywana w radiu, prababcia muzyki niezależnej (musiała założyć własną wytwórnię, żeby była pewna sprzedaży swoich płyt). Muzycznie to czterdzieste, ale trzyma się dobrze (jak dla mnie).

Jest tylko jedna wada – nie można ściągnąć, a tylko posłuchać.

Wciąż warto.

Z cyklu: niespotykane covery

IAD miałem przedstawić w inny sposób, ale po usłyszeniu jednego utworu musiałem zmienić plany.

Zespół gra psychodelicznogarażowonoiserockowe freakouty, co już samo w sobie jest dobre. MC5, Hawkwind i Can w jednym. Człowiek czuje się brudny jak po wypiciu rosyjskiego paliwa samolotowego (sam nie piłem, ale znajomi podobno próbowali), kiedy już nie czuje się smaku w ustach, a zabrakło czegoś innego do obalenia.

Utwór o którym mowię, to nibycover Like a virgin. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć.

Tutaj.

Jak przestałem się bać i pokochałem karaoke

Wszystko dzięki jednemu albumowi. Oddam zresztą głos autorom:

The DJ was a fat tattooed balding rocker, the public was getting drunk on duty free alcohol an the tv was on the sports channel. Gangs of aging ladies all dressed up for the night out were roaming back and forth competing only with the students wearing their graduation cap and preparing for the early disco… Meanwhile one could enjoy finish tangos, drunker’s classics and melancolic ballads sung by the best…

Nagrania z wieczoru karaoke na bałtyckim promie. Można usłyszeć wannabe Sinatrę, pijanego Presleya, a na sam koniec zaserwowano interpretację godną co najmniej Eurowizji albo nawet dwóch pod rząd. Fantazję i emocje w wykonaniu artysty śpiewającego utwór numer 3 trzeba samemu usłyszeć. Oczywiście większość wykonawców nie trafia w odpowiednie nuty z pasją równą Nickowi Cave’vi po pięciu setkach. Mało kto też by się spodziewał, że Finowie tak uwielbiają tanga. Dla mnie przebój.

Tutaj.

Szatan na wakacjach

Jak opisać ten album? Może tak:

Grupa wesołych studentów, początkujących szatanistów, zebrała się w domu jednego z nich, żeby wypalić nowokupiony haszysz. Nigdy wcześniej tego nie palili, ale warto spróbować, prawda? Przydałaby się do tego jakaś muzyka.Tu pojawił się problem. Przeszukali całe mieszkanie i żadnego metalu, ani nawet heavy rocka. Jedyne, co znaleźli, to muzyka eksperymentalna i współczesna po rodzicach intelektualistach. Włączyli losowo, co było, a album jest zapisem ich tripu.

Może spróbuję opisać to inaczej:

Młodzieńcza energia połączona z muzyką współczesną, kolażami i satanistycznymi herezjami (których i tak nikt nie traktuje poważnie). Wciąż mimo wszystko wesoła i nie narzucająca się ze swoimi eksperymentami. Młodość robi swoje.

Może jednak tak:

Belzebub po pracy lubi posłuchać fluxusa.

Tutaj.

Hip hop, jak zwykle

Dobrego hip hopu nigdy dość. Nie wiem, czy grają go biali czy murzyni. Na pewno zahacza o okolice undergroundu. Społeczny i osobisty przekaz w dobrych nawijkach z Arizony. Spokojniejszy, bez agresywnych beatów. W zasadzie tyle. Naprawdę warto. Jest w nim coś, że nie chce się go wyłączać.

Tutaj.

Koniec strajku scenarzystów albo kitsch concrete

Czas wracać do pisania. Mieszkanie urządzone, z życiem się ogarnąłem, urlop od bloga zakończony. Z nowych rzeczy – zdjęcie z pracy w zimie (jeśli kogoś interesuje, jak wyglądam), wygląd bloga z kradzionym Andym Warholem, praca ta sama.

Wracając do muzyki. Kitsch Concrete. Wyobraźcie sobie wiedeński bar, w którym na tle sztucznych palm i fototapety z hawajską plażą stoi za syntezatorem stoi smutny mężczyzna w garniturze i zawodzi weltschmertzem do kiczowatych melodii granych jedną ręką na klawiaturze. Ten człowiek to Fritz Ostermayer. Do tej pory nie wiem, czy nagrał tak brzmiącą płytę na serio (pewnie nie), ale słucha się dobrze.

Jego album nie jest jednak darmowy. W zastępstwie Kooky Monster i jego Deepsealoving. Też uberkicz i elektroniczny pop. Załóźcie gustowne koszulki polo z herbem uniwersytetu i wsiądźcie na swój luksusowy jacht, żeby popijać martini na pełnym morzu.

Cytując opis na archive.org – Brian Eno grający yacht rock.

Tutaj.

Niebezpieczne kobiety, niebezpieczne filmy

Na okladce widnieje blondynka ze spojrzeniem femme fatale i papierosem w ręku. Zdjęcie wygląda na lekko prześwietlone, z przewagą czerwieni.

Są zespoły, które pomimo tego, że grają okołopopową muzykę, potrafią robić w to sposób naprawdę niepokojący. Słuchacz wchodzi w nagrania z drżeniem serca, szuka podtekstów i atmosfery.

Z Cool i płytą Seduction jest podobnie. Nerwowoerotyczne Savannah, tindersticksowocavowe The Bedroom door, postpunkowe Head, easylistingowe Cool. Płyta krąży wokół klimatu filmów Lyncha, Jessa Franco i włoskich horrorów, dodając do tego wszystkiego sporo ironii i undergrundowej surowości.

Tutaj.

Hermetycznie, ekscentrycznie

Elektroakustyczne, noisowe, psychoaktywne brzmienia. Tak właśnie grają kolibry nekrofile. Dla fanów Obuha kojarzyć się mogą z Noise Maker’s Fifes. Surrealistyczna wyobraźnia, trochę zgrzytliwa i bardzo żywotna. Ścieżka dźwiękowa dla obrazów Maxa Ernsta.

Jeśli ktoś nie zrozumiał powyższego akapitu, tłumaczę – zespół bardzo mi się podoba.

Warto.

Przegapiłem taki koncert

Nie mogę sobie darować. Naśladowcy Boredoms/Johna Zorna/japońskiej free noise awangardy podkładają ścieżkę dźwiękową pod operę mydlaną o policjantach. Już sam utwór jest świetny, nie mówiąc o kompletnym zestawie z równolegle nadawanym serialem.

Album nie brzmi, co prawda, jak policyjna opera mydlana, a raczej jak soundtrack z filmu Takashi Miike. Pewnie dlatego mi się podoba.

Dobry glina, zły glina, szalony glina.


Warto
.

Z lenistwa

Mógłbym opisać muzykę swoimi słowami, tylko po co?

This “Calendaires”-release contains two parts, both together over 50 minutes long. Part one begins in a very dark context. Deep, growling bass sounds coming to the surface very slowly, bringing some motives and melodies with them. All these parts are layered together to a monumental and threatening wall of sound, which collapses and falls apart into a deep and dark soundscape again. Part two brings more light to the listener. Little chime-pieces lead to a wide field of melodies and sounds rushing around, bringing back memories.

Tutaj.

Na deser zaś duet na fortepian i maszynę do szycia. Tak zresztą trafiłem do pierwszego opisanego albumu. Linki są fajne, nie?

Tutaj.

Następna strona »